środa, 24 maja 2017

Fantastyka



Bywa, że refleksja na określony temat wywołana jest bodźcem, który przychodzi gdzieś z boku, w sposób zaprogramowany. Tak było w przypadku rozważań o fantastyce. Był to temat majowego spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki w Bibliotece im. J. Iwaszkiewicza w moich Obornikach Śląskich. Pamiętam, że literaturą taką zaczytywałem się dawniej. Dawniej tzn. z końcem szkoły podstawowej i na początku liceum. Zgodnie z kalendarzem była to końcówka lat siedemdziesiątych i początek lat osiemdziesiątych. Czytanie fantastyki było wówczas na topie. Zdecydowanie częściej czytano literaturę tego typu niż kryminały. Trzeba tu coś uściślić. Czytano fantastykę naukową (science fiction). Literatury fantasy w dzisiejszym tego słowa znaczeniu jeszcze nie było. Czytelnicy pochodzili z różnych grup wiekowych. Czytałem ja i moi koledzy. Czytała pani z biblioteki szkolnej (mówiła zawsze, że jest to jedyny rodzaj literatury, który czyta dla rozrywki). Pani była w wieku przedemerytalnym. Wymienialiśmy się z nią wrażeniami z lektur, tytułami książek wpisywanymi na listę planów lekturowych. Science fiction związana była z techniką, technologią i kosmosem. Literatura fantasy, która pojawiła się później opiera się na micie, mitologii, eposach rycerskich. To zupełnie inny typ fabuły. Pamiętam, że na nowe wydanie powieści science-fiction polowało się w księgarniach, a najłatwiej było robić zakupy na rynku wtórnym. Znany wrocławski antykwariat miał specjalną ladę z tym typem literatury. Tłumek gromadził się w zasadzie wyłącznie przy tej ladzie. W tym samym momencie telewizja emitowała niezwykły serial angielski „Kosmos 1999”.
Pozostało mi w pamięci to, że w tamtych czasach czytało się autorów polskich, rosyjskich, brytyjskich i amerykańskich. Wszyscy wiedzieliśmy, że jednym z najważniejszych autorów tego typu literatury jest Stanisław Lem, słuchałem jego Solaris w odczytaniu lektorskim w Polskim Radiu (chyba w Lecie z Radiem), czytałem Kongres Futurologiczny i na tym chyba wówczas poprzestałem. Bo to był pisarz dość trudny. Inni dostarczali literaturę akcji i sensacji pełną zagadek wywiadowczych, kryminalnych, wojskowych rozgrywających się gdzieś daleko na zasiedlonych planetach. Bohaterowie posługiwali się urządzeniami rozwiniętej technologii. Przeczuwaliśmy, że podobne narzędzie pojawią się najprawdopodobniej w życiu realnym, ale nie wiedzieliśmy, że przyszłość znacznie przekroczy nasze oczekiwania. Fakt tego, że czytane lektury miały status literatury popularnej sprawił, że z czasem nazwiska autorów książek zatarły się. Pozostało kilku. Pamiętam nazwisko Czesława Białczyńskiego, Jacka Sawaszkiewicza, braci Strugackich, Kira Bułyczowa i Kate Wilhelm. Wilhelm napisała powieść, która w polskim tłumaczeniu nosiła tytuł „Gdzie dawniej śpiewał ptak”. Tematem przewodnim było klonowanie. Nie było o tym jeszcze głośno w mediach (nielicznych mediach). Z pewnym zdziwieniem dowiedziałem się później, że klonowanie nie jest tylko i wyłącznie fantazją z powieści scence fiction. Pojęcie klonowanie przyszło do mnie z fantastyki naukowej. 
Kiedy po latach próbowałem powrócić do literatury science fiction odrzuciłem jej nurt o fabule sensacyjnej. Nie zostałem także czytelnikiem fantasy. Na półce z fantastyką pozostał Lem. Dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie to, że kosmos i technologia to scenografia i kostium. To, co najistotniejsze w powieściach Lema to zagadnienia filozoficzne dotyczące zagadki życia i egzystencji, funkcjonowania świadomości, a przede wszystkim zagadnienia etyczne dotyczące schematów i motywacji ludzkich zachowań. Nawet w najbardziej odległej galaktyce bohaterowie jego książek pozostają dziećmi Ziemi i mogą działać, żyć, starzeć się i umierać tylko w rytm ziemskich parametrów przestrzeni i upływającego czasu, wyznaczanego wirowaniem i obrotami globu. Teraz wiem, że nie zapisałbym się na pierwszy załogowy lot na Marsa. 








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz